stammheim blog

Twój nowy blog

Śledzę dwóch ładnych chłopców po
mieście, jest piękny dzień, idą nad rzekę. Śledzę ich ostentacyjnie, aż dziw że mnie nie widzą. Na miejscu odbywa się
piknik. Przedstawiają mnie swoim koleżankom i kolegom, nie znam nikogo ze zgromadzonych, ale
odgrywamy swoje role, niektórzy udają znajomosć ze mną, inni przedstawiają mi się, siadamy na trawie. Jeden z chłopców proponuje kąpiel w Odrze. Inni
zgadzają się, z obydwoma śledzonymi jesteśmy tym szczególnie
zainteresowani, mamy na siebie ochotę i chcemy to zrobić w
zielonkawych, nieprzejrzystych wodach rzeki, by utrzymać sprawę w tajemnicy. Zaczynamy
niezobowiązującą rozmowę o pierdołach, która przekształca się
w dyskusję o futbolu.

Nagle orientuję się, że wszyscy zgromadzeni to zawodnicy młodzieżowej
drużyny AC Milan; mamy na sobie kompletne piłkarskie stroje,
wróciliśmy właśnie z treningu. Obok na trawie siedzą inne
miejscowe drużyny, szczególną uwagę zwracają młodziki Cracovii,
nastawieni homofobicznie, ogoleni na łyso troglodyci. Ich początkowa
agresja spowodowana naszymi skrywanymi czułostkami (smyramy się pod
stołem) szybko jednak okazuje się towarzyskim przekomarzaniem;
wśród żartów karmię dwóch krakowiaków bajaderką, szturchamy
się i przerzucami uszczypliwostkami ku ogólnej wesołości. Tłumaczę sobie ich homofobię słabymi wynikami
piłkarskimi. Są od nas znacznie słabsi, w końcu jesteśmy
Milanem.

Obserwuję nas wszystkich z trybuny głównej przepięknego,
kameralnego stadionu położonego w lesie, na cyplu z trzech stron
otoczonym morzem. Trybuna to kamienny prostopadłościan otoczony
taflą szkła, nawiązujący do architektury modernistycznej. Jest
pełna policji, toczy się tam śledztwo w prawdziwej sprawie sprzed
lat. Krytyka Polityczna zamierza o niej wydać książkę.
Dotychczasowe wydarzenia okazują się być jej częścią. Jestem
absolutnie zachwycony powieścią. „To co przeczytałem jest super,
musicie to wydać na Euro”, mówię przez telefon Maćkowi
Kropiwnickiemu patrząc z trybuny na morze. Maciek mówi, że autor
ma ogólny koncept, w którym właśnie uczestniczyłem. Ale nie za
bardzo wie, jak rozwinąć wątki. Proponuję, że napiszę
rozwinięcie i zakończenie.

Odkładam słuchawkę, idę na miejsce
zbrodni. Policjanci uczestniczą w odegraniu prawdopodobnego biegu
zdarzeń. Zamaskowana postać bije łomem jednego z chłopców,
młodych piłkarzy, z którymi przed chwilą siedziałem nad rzeką.
W kałuży krwi zostawia ślady swoich stóp. Znikł gdzieś materiał
biologiczny zostawiony na miejscu zbrodni, nie ma ani jednego włosa
sprawcy, nic co dawałoby nadzieję na odzyskanie DNA. Jest jednak
jeden trop. Równocześnie ze zbrodnią w okolicach stadionu miał
miejsce pożar. Jeden z mieszkańców widział poparzonego Andrzeja Wajdę
pędzącego samochodem w stronę miasta. Reżyser był jedyną osobą
obecną wówczas w tamtym rejonie. Zamierzam go przesłuchać. Budzę
się przekonany, że ten sen jest genialnym, gotowym materiałem na
powieść. Nic tylko siąść i pisać.

Brazil

Brak komentarzy

Finałowy mecz Mistrzostw Świata w piłce nożnej Polska 2012 już się rozpoczął. Na stadionie narodowym wybudowanym od podstaw w polu na mazowieckim interiorze grają Polska i Brazylia. Jestem jednym z piłkarzy wpisanych do składu meczowego, zanim jednak pojawię się na stadionie muszę znaleźć pokój – regulamin wyraźnie zabrania wnoszenia na stadion bagaży, a przecież dopiero dojechaliśmy. Wynajmuję pokoik na poddaszu w budynku przylegającym do stadionu; wedle reklamy dom jest z nim zespolony na podobieństwo pasożyta, więc z poddasza jest nie tylko blisko, ale też można wygodnie oglądać mecz, co dla mnie bardzo ważne, jako że nienawidzę siedzieć na ławce rezerwowych. Właścicielka prowadzi mnie na poddasze po klaustrofobicznej klatce schodowej, po drodze mijam dwójkę bawiących się dzieci i gubię skarpetkę i rolkę papieru toaletowego. To już koncówka schodów, a pokoju wciąż nie widać; właścicielka z tajemniczym uśmiechem otwiera kawałek stropu, ujawniając tajne przejście. Wrzucam rzeczy do pokoju, proszę dzieci o podanie mi skarpety i papieru (co czynią z wyraźną niechęcią), wreszcie wyglądam przez okno i okazuje się, że właścicielka mnie oszukała! Stadion jest oddalony o dobrych kilkaset metrów, sylwetki piłkarzy ledwo dostrzegalne, słabo też widzę rezultat na elektronicznej tablicy (1-0, ale nie wiem dla kogo). Wtedy uświadamiam sobie, że jestem co prawda Polakiem, ale reprezentantem Brazylii, że muszę natychmiast biec, póki nie zakończy się pierwsza połowa. Wpadam do szatni, gdzie okazuje się, żę trener wpuści na boisko wypacykowanego, pogardzanego przez kibiców napastnika, zamiast mnie. Próbuję wybłagać wejście na murawę, ale nieskutecznie. Uciekam więc ze stadionu i rozpoczynam długą wędrówkę pokutną; nagi i głodny trafiam do jakiegoś wiejskiego domu, gdzie wraz z innym uciekinierem jestem najęty do sprzątania strychu. Musimy go też strzec przed dziećmi z sąsiedniego międzynarodowego sierocińca, które przychodzą tam sikać, ciesząc się szalenie, gdy uda im się to zrobić pod naszą nieobecność. Dochodzi też do potwornej bijatyki z dwoma podobnymi wagabundami; pod koniec, kiedy są już pokonani, proponują nam dach nad głową i handel heroiną. Decyduję się jednak wrócić do domu rodzinnego, gdzie odbywa się uroczyste przyjęcie organizowane przez moich rodziców. Pytam o wynik – Polska wygrała 4-0. Znajomemu matki opowiadam o swojej dotychczasowej karierze – brazylijskie obywatelstwo dostałem po 4 latach występów w tamtejszej lidze. Mam na koncie dwa mecze towarzyskie w kadrze Polski, ale kiedy pewnego dnia dostałem powołanie na Copa America do kadry Brazylii skorzystałem z nowych przepisów pozwalających mi na grę. W reprezentacji Canarinhos strzeliłem 21 goli w 27 meczach. Niestety, w  6 meczach Mistrzostw Świata tylko jednego. Pod domem urządzam pokaz żonglerki i strzałów dla zgromadzonych; jeden z kuzynów, piłkarz B-klasowego zespołu, pyta mnie o rady. Trafiam przed sąd, zbierający zeznania na temat tajemniczej zbrodni, która wstrząsnęła Polską; jako mieszkaniec strychu jestem jej świadkiem. Moje podejrzenia budzi fakt, że rozprawa odbywa się w moim dawnym mieszkaniu we Wrocławiu. Nie mogę się skupić na jej przebiegu, do domu co chwila wpadają łasice (jedna dla niepoznaki przebrała się za wycieraczkę do butów). Sąd wydaje wyrok: wszystko jest filmem, za chwilę kończymy zdjęcia, ale póki co nie możecie wypaść z roli. Wszyscy bohaterowie snu czują dużą ulgę. Improwizujemy końcowe dialogi. Ostatnie ujęcie – z piłką w dłoni malowniczo patrzę przez okno. Fade out.

Remiks

Brak komentarzy

Ostatnio nie pamiętam snów, więc będzie niewielka mieszanka z realem: oto (we śnie) jadę autobusem w towarzystwie Juriusza, któremu zwierzam się z przygotowywanego projektu – adaptacji „Tęczowej Trybuny” Demirskiego i Strzępki w formie remiksu. Tego samego dnia kilkoro twórców nie związanych z teatrem ma przedstawić swoją wizję tekstu Demirskiego w ramach projektu „Tęczowa. Remiks”. Ja wystawiam swój spektakl w Krakowie. Zabraniam jakichkolwiek prób, wszystko jest wielką improwizacją; na oczach widzów tańczę między aktorami i wydaję im pozornie niezrozumiałe polecenia za pośrednictwem gestów. Aktorzy rozumieją wszystko nieświadomie i wykonują piękny układ choreograficzny. Spektakl okazuje się wielkim sukcesem artystycznym, jednak aktorzy są wściekli. Dzwonię do Kmiecika po radę.

Tymczasem w realu postanawiamy z Bierskim objąć władzę dyktatorską w Albanii i utworzyć tam śródziemnomorską Szwajcarię, mimo że jarają jak smoki, a do Vlory chyba nie da się dotrzeć pociągiem. Dostaję NIEBIAŃSKIEGO  jesiotra z rusztu, którego jem z plackami ziemniaczanymi własnej roboty. Z Karolem czekamy na wyrok, który naprawdę powinien być po myśli – projekt rozwija się zbyt fajnie, żeby pójść na marne.

Jestem synem Leszka Balcerowicza. W przypominającym halę targową  sądzie rozładowuję z półek towar – ostatnie niesprywatyzowane elementy dawnej Polski Ludowej. Zdejmując każdy przedmiot wykrzykuję jego nazwę, wtedy kilkaset metrów dalej mój ojciec, zasiadający w tłumie dziennikarzy i widzów, wygłasza przed sędzią płomienną mowę na rzecz prywatyzacji przedmiotu. Póki nie zdejmuję świadectw udziałowym, paczek ołówków i sztabek drogich metali jest dobrze. W pewnym momencie w ręce wpada mi słoik ogórków kiszonych. W tym momencie serce mi się łamie i przestaję wierzyć w prywatyzację. Postanawiam przeżyć życie od nowa, nie pracując jako asystent ojca. Siedzę z matką na ławce w słoneczny dzień, wokół chłopcy grają w koszykówkę. W pierwszym życiu grałem z nimi, ale teraz ich ignoruję. Wiem, że nie mogę niczego powtórzyć, bo grozi to powrotem do dawnego wcielenia. Nawet gdy niezdarnie rzucona piłka uderza mnie w głowę, postanawiam siedzieć w bezruchu. W pewnym momencie nie wytrzymuję i biegnę w stronę sądu. Matka ledwo zdąża za mną. Przebiegając przez jezdnię prawie wpadam pod autobus (przypominam sobie, że w poprzednim życiu pod niego wpadłem, łamiąc nogę). W drodze staję się na przemian sobą, na przemian śląskim działaczem Solidarności, opowiadającym o swoich opozycyjnych przygodach z Balcerowiczem, ale głównie o tym, jak go bili w 1982 i 1988. „Ile tu mediów” mówi matka patrząc na tłumy przed budynkiem sądu. „Mamo, przecież wiesz że mój ojciec jest potworem” odpowiadam. Wbiegamy do środka, sekretarka prosi koleżankę o wystawienie dokumentu o nazwie „nic nie stoi na przeszkodzie, by był na sali sądowej”. Dodaje: „Nawet jakby to była nieprawda – wystaw”. Już na sali sądowej widzę, że proces prywatyzacyjny trwa w najlepsze, a mój Balcerowicz raz na jakiś czas zmienia się w Tomasza Lisa. Staję obok, nie będąc pewnym czy mówić do niego „tato”, czy „Redaktorze Tomku”. Na salę wkracza ostatnia prywatyzowana rzecz – dorodna kobyła, na grzbiecie której zasiadają perfekcyjnie zmumifikowane zwłoki Józefa Piłsudskiego.

Mistrzostwa Europy coraz bliżej, władze postanawiają zainwestować w przestrzeń publiczną. Dostaję zlecenie przygotowania ogromnego projektu artystycznego; kilkudziesięciu polskich artystów ma przygotować pralki w barwach narodowych, które znajdą się następnie w jednym z krakowskich parków, ustawione w ramach gigantycznej instalacji. Stoję z Aldoną na parkowej ścieżce i słucham budżetowych wyliczeń (Aldona ma reżyserować sesję), kiedy prawie rozjeżdża nas kilka samochodów. Przechodzimy zatem na trawnik, gdzie jak spod ziemi pojawia się starszy jegomość w eleganckim płaszczu, przyciągający wzrok skrajnie ekscentrycznym kapeluszem o ogromnym rondzie. Na smyczy prowadzi czarnego owczarka. Prosi o zrobienie mu zdjęcia. Jestem u niego w domu, staruszek okazuje się prezydentem Gruzji, a do tego muzykiem jazzowym (pokazuje mi swoje płyty). Chyba mieliśmy seks, ale tego nie jestem pewien; zapytany wprost, staruszek odpowiada dwuznacznymi wierszami, co jest tradycyjną gruzińską reakcją na to pytanie.
Tymczasem jeden z moich kolegów mieszka na obrzeżach Wrocławia od strony Wyspy Opatowickiej, czyli w pobliżu nadmorskiej plaży. Pracuje jako operator tamtejszej tamy, na której stoi jego dom, przepuszczając w razie potrzeby nadmiary wody. Spędzam tam kilka dni w towarzystwie grupy konspiratorów; przygotowujemy szalenie ważne dokumenty. Pada deszcz, martwimy się o możliwość powrotu jedyną dostępną drogą, jako że powoli podlewa ją woda. Kolega otwiera tamę, ale to może nie wystarczyć. Nagle mieszkanie zalewają gigantyczne, wielometrowe fale morskie. Wyławiam laptop, ktoś pomaga mi ściągnąć plecak wypełniony ubraniami. Cała sprawa ma podłoże polityczne.

Tomasz Kot lubi mnie od pierwszego wejrzenia i zachowuje się, jakbyśmy się świetnie znali. Stoimy w wiosennym słońcu, przyglądając się tłumom przewalającym się przez zabytkowe centrum miasta. Aktor niepostrzeżenie bierze mnie za rękę. Dziwię się temu, jednocześnie oceniając szansę na seks, a może nawet rozwinięcie romansu, bo z jakichś powodów Kot wydaje mi się nagle idealnym partnerem. Ma żonę, myślę, ma dwójkę dzieci, więc chyba jednak nie ma szans, ale z drugiej strony…to jego ciepłe podejście…
Przystępujemy do realizacji właściwego celu naszego spotkania – Kot zakłada blond perukę i błękitną sukienkę. Ja też wskakuję w damskie ciuszki, szukając właściwych butów w specjalnej walizie na obuwie (niestety są tam tylko buty sportowe różnych marek, dlatego biorę pierwsze z brzegu adidasy). Idziemy przez miasto, budząc na przemian rozbawienie mieszkańców, zainteresowanych wygłupiającą się gwiazdą, i homofobiczne komentarze, a wręcz agresję. Na skwerze zauważam wkomponowaną w bruk żelazną tablicę pamiątkową, zaprojektowaną przez Karola Strasburgera, umieszczoną ukośnie względem skrzyżowania. Wydaje mi się to idiotyczne, dlatego robię aferę, krzycząc wniebogłosy i obrażając projektanta. Nie przestaję nawet widząc, że Strasburger (ma w pobliżu mieszkanie) właśnie się zbliża. „Proszę się uspokoić, bo mandat pan dostanie” – mówi. Odpyskowuję coś i odchodzę, szukając Tomasza Kota, który w międzyczasie zniknął w tłumie. Przyjemne, zabytkowe miasto zmienia się w opanowane przez Arabów, brudne przedmieścia; kilku chłopców z pistoletami próbuje terroryzować przechodniów, zabierają im portfele, strzelają w powietrze. Uświadamiam sobie, że trafiłem do symulacji artykułu prasowego sprzed kilku dni, mówiącego o śmierci młodej dziewczyny, zastrzelonej na ulicy przez arabski gang. Dziewczyna idzie obok mnie, wiem że umrze tylko ona a ja jestem bezpieczny. Nie denerwuję się więc, spokojnie obserwując bieg zdarzeń. Niestety – jeden z przestępców dopada mnie i przystawia pistolet do głowy, każe oddać pieniądze, krzyczy, woła kolegę. Mam za pazuchą rewolwer, ale wiem, że dwóch zastrzelić nie zdołam, muszę jakoś ich udobruchać, oddaję portfel, ale to ich nie zadowala. Ten pierwszy strzela do mnie z bliska, mam wrażenie że nie trafił, więc odpowiadam ogniem, udaje mi się zastrzelić jego kolegę, ale dostaję parę kul w głowę i korpus. O dziwo dalej trzymam się na nogach, strzelam dalej, obaj Arabowie leżą na bruku, ich koledzy uciekli. Jestem pewien, że wygrałem, ale nagle słabnę i osuwam się na chodnik, obraz przed oczyma stopniowo ciemnieje.

Pierdolę, żadnego seksu w Święta, nie po to się do rodziców przyjeżdża żeby obłapiać obce dupy. Choćby były nawet dobrze znane i obłapione nieraz wcześniej. Pierdolę, będę grał w tenisa, golfa, opalał się i chodził na spacery z owczarkiem niemieckim o intelekcie gąsienicy. Przyjadą wszyscy moi ulubieni koledzy z kręgów kawiorowej lewicy. Jeden już pytał czy mam rakietę, drugi obiecał że w razie czego pożyczy. Rozdziewiczę tenisową koszulkę Lacoste. Powspominam białe spodenki tej firmy, w których jako dziesięciolatek trenowałem na kortach Ślęzy. Napiszę powieść: ja, ubrany w stonowany sposób, chodzę po licznych mostach i kładkach Wrocławia, wzdłuż licznych kanałów i odnóg pięciu rzek dzielących miasto, śledząc rachitycznie zbudowanego, acz zjawiskowo pięknego blondynka. Pokasłuję. Wszyscy wokół mnie pokasłują. To będą bardzo mieszczańskie Święta.

Nasza sprzątaczka
obserwuje ekran symulatora lotu z niemym zachwytem, czuję że
wylatała ponad 100 godzin na awionetkach i dobrze zna się na
rzeczy. Jest zadowolona nawet, gdy przelatujemy między koronami
drzew w pobliskim zagajniku, cudem unikając katastrofy. Wakacje,
bliżej nieznany kurort, zapomniałem ze sobą zabrać komputera,
będę musiał pisać ręcznie! Szukam go w bagażach, ale
bezskutecznie, może uległ zniszczeniu, kiedy prawicowa młodzież z
forum internetowego obrzuciła mnie kamieniami? Po szeregu kłótni,
w których nabijałem się z ich głupoty i obluzgiwałem ich na
forum w wyjątkowo wyrafinowany sposób, pod moim wrocławskim
balkonem przedefilowała manifestacja Gazety Polskiej. Na jej czele
grupka chłopców, zauważyli mnie na balkonie – siedzę tam przy
komputerze, bo zrobiło się ciepło. „O, to ten skurwiel z forum”
krzyczą i rzucają kamieniami. Chyba zniszczyli mi wtedy komputer,
nie pamiętam. Mecz Górnika z Lechem…X chce do mnie wrócić,
chyba do tego dojdzie, nie chce mi się dłużej gniewać, pogoda na
wczasach fantastyczna, wychodzę w krótkiej koszulce, czuję
intensywne ciepło, cieszę się z odejścia zimy. Schodzę z leśnej
ścieżki, nie udaje mi się odnaleźć…Nowa metoda prezentacji
wypadków samochodowych, w rowie, przy drodze, obserwuje symulację
zderzenia dwóch Volkswagenów transporterów (jak twierdzi
komentator, jeden z nich należał do policji). Pierwszy kierowca
wyskakuje z auta, z ucha cieknie mu strużka krwi, za nim biegnie
kobieta – reszta pasażerów chyba nie żyje, bo jucha wylewa się
z transportera strumieniami. Drugie auto (po zderzeniu skręciło i
zjechało bezwładnie do rowu) wygląda nie lepiej, ale kierowca
przeżył (metaliczny głos komentatora informuje, że na miejscu
zginęły łącznie cztery osoby). „Co teraz będziemy robić?”
krzyczy kierowca. Myślę o ubezpieczeniu…Tymczasem z bliska widok
jest jeszcze piękniejszy, słońce praży trawę na stokach wzgórz,
wykwalifikowany przewodnik pokazuje mi ślady po katastrofie
lotniczej we Francji. Pozostała po niej rdzawa linia o szerokości
ok. metra, samolot ślizgał się po niej po uderzeniu w ziemię,
najpierw prosto( kawałek pod górę), potem zdecydowanie w prawo, w
dół do małej rzeczki, roztrzaskał mostek, po którym ja teraz
przechodzę, nie mogąc uwierzyć jak jest ciepło, by zatrzymać się
na drugim brzegu. Po drodze, mówi przewodnik, od kadłuba odpadały
różne elementy. Na przykład ogon. Nikt nie przeżył. Przypominam
sobie, że tym samolotem leciało kilka osób, które znam, a których
nie lubiłem. Nie jest wykluczone, że brałem udział w całej
aferze.

 

Wstyd

Brak komentarzy

Film „Wstyd”, na sali jak zawsze o tej porze 3 osoby, bo to seans poranny, chuj Fassbendera, ładne sceny z siostrą, ładna muzyka, ale jednak humbug. A kiedy wchodził do gejbaru, mała i wrażliwa istotka w moim serduszku wrzeszczała „nieeeeee, tego już za wiele!” i to wcale nie dlatego, że była poruszona. Humbug, ale za to przepiękny.

Między Pałacem Kultury a Kruczą Warszawa chwilowo zmienia się w Norylsk, rączka trzymająca telefon grabieje mi jak przy dwudziestostopniowych mrozach, a papieros powoduje niedotlenienie. W barze mlecznym dosiadam się do starowinki, niegdyś ewidentnie seksbomby, która od pierwszej sekundy traktuje mnie jak babcia.
- Proszę, może się Pan dosiąść, ale NIE TUTAJ. Tu wieje, proszę usiąść przy tym krześle, ono jest przed kaloryferem, będzie Panu ciepło.

Wracam z pomidorówką, rozlewając ją oczywiście po całej tacy; staruszka uśmiecha się pobłażliwie, „no wie Pan, taki młody a taka niezdara? trzeba to wytrzeć, będzie się Panu milej jadło (bierze serwetki i starannie wyciera mi tacę wokół talerza). Dobra zupa? Świetna, prawda? To jest, proszę Pana, najlepszy bar mleczny w Warszawie. Wygrali kiedyś konkurs. Naprawdę, jak to możliwe, że Pan jest taki niezdarny? Pański tato pewnie zawsze powtarzał, że Pan ma dwie lewe ręce!”.
Oj, żeby pani wiedziała, mówię, mój tato jest inżynierem, dla niego każdy humanista to niezdarny dziwak, bo nie jest w stanie zbudować helikoptera z przedmiotów dostępnych w każdej kuchni.
Przynoszę ruskie, starowinka natychmiast posypuje mi je solą i pieprzem. Gest jej nie znosi sprzeciwu.
„Często je tu zamawiam, wiem, że wymagają doprawienia. Tak będzie znacznie lepiej. Dobre, prawda?”
Faktycznie, całkiem dobre. I tego pieprzu akurat tyle, ile trzeba. I w tym momencie chyba zaczynam rozumieć, że we „Wstydzie” tak naprawdę wcale nie chodziło o seks. Dzięki flashbackowi wywołanemu przez seksbombę sprzed dziesięcioleci, której wnuk ma ją najwyraźniej w dupie tak bardzo, jak ja niegdyś swoją babcię świętej pamięci.

Moja mama myślała, że poległem pod Szczekocinami (dlaczego żaden poseł nie sugeruje że w jednym z pociągów wybuchła bomba helowa?), bo nie odbierałem od niej licznych telefonów. Ale nie poległem, mimo że często jeżdżę tą trasą. Miałem ściszony telefon i spałem, śnił mi się samolot do Budapesztu, chwiejący się w chmurach jakby miał zaraz spaść, jednak bezpiecznie docierający na miejsce. Nigdy nie byłem przesadnym zwolennikiem wegetarianizmu, ale dopiero teraz udało mi się – po latach! – odnaleźć koronny argument obalający tezy o mięsożercach czerpiących ze zbrodni i niewinnych wegetarianach; oto co mówi Jonathan Fenby, autor książki „Chiny. Upadek i narodziny wielkiej potęgi”:

„Szczególnym echem odbił się atak, który nastąpił w sierpniu 1895 roku, gdy około stu Chińczyków należących do sekty wegetariańskiej przypuściło atak na położone na wzgórzach domy brytyjskich misjonarzy w Fuijanie. Wpierw pochwycili dwie nastoletnie dziewczynki, które o brzasku zbierały kwiaty. Pierwszą przeszyli nożem, druga jednak im się wymknęła i zdołała wpaść do domu rodziców z okrzykiem na ustach: „WEGETARIANIE IDĄ!”


  • RSS